Cześć, mam na imię Miłosz.

Pochodzę z miejscowości Wyrzysk, która znajduje się w województwie wielkopolskim, niedaleko Piły.

Każde dziecko ma swoje pasje. Jedni chłopcy marzą o zostaniu piłkarzami, strażakami, inni ganiają się po podwórku z pistoletami, udając policjantów i goniąc tych złych, którzy przed nimi uciekają. Nie wiem do których należałem ja, ponieważ zawsze miałem jedną wspólną rzecz zarówno z tymi uciekającymi, jak i z tymi, którzy gonią – biegałem.

Kinga Madro Photography

Kiedy inni biegać przestali, ja bynajmniej nie miałem
takiego zamiaru.

GWiNT 2019

Wprost przeciwnie – zwiększyłem swoje wysiłki i zacząłem robić to profesjonalnie. Jako nastolatek zacząłem trenować w klubie. Mimo, że mieścił się on 40 kilometrów od miejscowości, w której mieszkałem, postanowiłem, że nie będzie to dla mnie problemem. 

Rodzice wspierali mnie w każdym moim biegowym, nawet najbardziej szalonym, pomyśle. Czasem na treningi zawozili mnie oni, najczęściej jednak dojeżdżałem autobusem lub pociągiem. Nie było dla mnie ważne to, jaką drogę trzeba pokonać – tak mi zostało do dzisiaj.

Kiedy na drodze stawał mi problem, pokonywałem go!

O tym, jakie to trudne, przekonałem się już w młodości. Podczas przygotowań do Mistrzostw Polski Młodzików (do lat 15), na kilka miesięcy przed nimi, doznałem kontuzji kolan. Trenerzy mówili mi, że powinienem dać sobie spokój, odpuścić, że start w zawodach w moim stanie nie ma sensu. W moim słowniku nie było jednak takich słów.

To właśnie na tych mistrzostwach osiągnąłem swój pierwszy większy sukces – zdobyłem brązowy medal na dystansie 1000 metrów. Wtedy już wiedziałem, że wszystko da się osiągnąć, jeśli tylko bardzo się tego chce i ma się w sobie na tyle motywacji, żeby walczyć z przeciwnościami losu.

Foto Rzustko Photography

Jednak los okazał się twardym przeciwnikiem.
Kontuzja kolan powróciła

I przybrała jeszcze bardziej bolesną postać. Prawdopodobnie przyczyną były zbyt intensywne treningi w młodości. Rezultat był jednak jasny, a werdykt nieubłagany – koniec z bieganiem. Było to dla mnie jak prywatny koniec świata, przejście do innej rzeczywistości, w której czas płynie… bo na pewno nie biegnie. Do tej pory trudno mi było w ogóle wziąć pod uwagę to, że bieganie może się dla mnie skończyć. Chodziłem do różnych lekarzy z nadzieją, że w końcu usłyszę coś innego niż “Panie Miłoszu, musi się Pan oszczędzać”. To sformułowanie było dla mnie obce, jednak z czasem zacząłem się z nim godzić…

No i przestałem biegać

Uznałem w końcu, że nie warto się tak przemęczać. Dalsze bieganie stało się dla mnie zwyczajnie niebezpieczne, więc postanowiłem je zawiesić. Nie wiedziałem na jak długo i czy w ogóle będę w stanie do niego wrócić, ale nie było innego wyjścia.

Zacząłem studia,  spotykałem się ze znajomymi, wiodłem normalne życie. Medal sprzed lat wisiał w pokoju i przypominał o czasach, do których chciałbym wrócić, co stawało się coraz bardziej odległe. Kilka lat przerwy w treningach, waga wskazująca już prawie 100 kilo i ogólny brak energii. Wtedy przypomniałem sobie o chłopcu, który kochał biegać i robił wszystko, aby walczyć o marzenia.

Kinga Madro Photography

Wziąłem się w garść!

Piotr Oleszak fotografia | Warta Challenge Marathon Half

Powróciłem do treningów. Z początku były to mozolne próby, siłownia, rehabilitacja. Z czasem mój poziom zaczął się podnosić i wracać do tego, jaki był kiedyś. Cały czas miałem w głowie wizję tego, jak fajnie było biegać za dzieciaka i jaką frajdę mi to sprawiało.

Bieganie przywróciło mi chęć do życia, przypomniało o  tym, co jest ważne, a także zdecydowanie poprawiło samoocenę. Dystanse były coraz dłuższe, czasy coraz lepsze, myśli wróciły na właściwe tory – “kiedyś mogłeś jeździć na treningi nawet kilkanaście kilometrów, to i teraz wszystko da się zrobić”. W końcu przebiegłem swój pierwszy maraton! I kilka kolejnych, z których wynik najlepszego to 2:55h. I nie był to bynajmniej szczyt moich ambicji.

150 km i więcej? Czemu nie!

Czas mijał, liczba przebiegniętych kilometrów na koncie rosła, to i wyzwania musiały się zwiększać. To jak z każdym innym hobby – prawie każdy gitarzysta marzy o koncercie na Wembley, piłkarz o zagraniu w finale Ligi Mistrzów, tak i ja miałem swoją bucket list, wypełnioną po brzegi. Tak więc postanowiłem, że przebiegnę kilka biegów górskich, takich jak Niepokorny Mnich (96,6 km), Bieg 7 Dolin (100 km), Kaliska Setka (100 km), Łemkowyna Ultra Trail (150 km) czy ostatnie – UTMB, marzenie każdego ultramaratończyka. 170 km po Alpach, dookoła masywu Mont Blanc, przez Francję, Szwajcarię i Włochy i aż 10 000 metrów przewyższenia.

Maraton Tomka Pawłowskiego

Teraz już nic mnie nie zatrzyma

Kinga Madro Photography

Wszystkie te wydarzenia to nie koniec moich biegowych marzeń. Lista wydłuża się z każdym miesiącem, każdą przeczytaną książką biegową czy rozmową z innymi biegaczami. Znalazłem World Matarhon Challenge i w mojej głowie pojawiła się myśl, że może warto spróbować…

Kiedy biegam, jestem wolny. Nie czuję ograniczeń a dzięki przebytej kontuzji, jestem jeszcze silniejszy. To, co się ze mną działo, ukształtowało mnie jako człowieka i jako sportowca. Dlatego teraz nic mnie nie powstrzyma przed wzięciem udziału w World Marathon Challenge.